Małe rozliczenie z przeszłością
Doszłam w końcu do siebie i złapała mnie chęć na napisanie kolejnej, mało sensownej notki. Jak już każdy zdążył zauważyć, notki moje nigdy nie tworzą zgodnej całości, wydaje mi się że zawsze mam zbyt dużo do powiedzienia, sama nie wiem już co pisać i powstaje taki misz masz.
Fakt jest faktem że w moim życiu działo się już tyle rzeczy, że nie jedna osoba by mogła takiego życiorysu pozazdrościć, albo i nie. Jak byłam małym dzieckiem całe życie kręciło się wokół moich Dziadków, którzy mnie wychowywali. Pragnę podkreślić, że moi rodzice w tym czasie 'odpoczywali' sobie ode mnie. Po 5 latach trafiłam dziwnym trafem do mojej Mamy. Nie pamiętam nawet jak to się stało. Nie wiedziałam co się dzieje z moim ojcem, w sumie nie myślałam w ogóle o nim. Nikt mi o nim nie mówił, nikt się mnie o niego nie pytał więc dla mnie ten temat też był zamknięty. Nie wiem czy mogę nazwać okres mieszkania u Mamy najpieknijeszym okresem w moim życiu, choć wtedy zostałam siostrą dwóch wspaniałych chłopaków - moich braci, z którymi do dzisiaj mam naprawdę trwałą i silną więź. Nic nas nie może rozłączyć, dogadujemy się bez słów, więc dalsze rozwijania na ten teamt będą w tym momencie zbędne. Mama przez cały ten okres miała dwie twarze, jedną - kochającej swoje dziecko matki, która zawsze wiedziała jak się nami zaopiekować i drugą - matki, która nienawidzi swoje dzieci z głębi duszy. Gdy pokazywała swoją drugą twarz, mieszała nas z błotem, leciały wyzwiska, dzwoniła do moich Dziadków (żeby niby na mnie naskarżyć), żyła swoim życiem mając nas totalnie w dupie, o, przepraszam, przypominała sobie o nas, gdy miała nam spuścić wpierdol albo nas powyzywać, gdy coś nie zrobiliśmy po jej myslach. Ile razy uciekaliśmy z bratem z domu, całymi dniami chodziliśmy po dworze, odwiedzaliśmy różne zakątki miasta, przyrody. Wtedy to było życie - byliśmy tym bardziej żywi im dalej byliśmy od domu. Gdy wracaliśmy, najczęściej było już normalnie, Mama się uśmiechała, czekała z obiadem. W wieku 11 lat zostałam z tego całego drugiego okresu dzieciństwa wyrwana. Któregoś pieknego dnia zadzwonił mój ojciec (którego widziałam może raz na rok, był dla mnie obcym facetem) i spytał się, czy chciałabym u niego zamieszkać w Polsce (podkreślam, że z Mamą w Niemczech mieszkaliśmy). Nie wiem co mnie w tamtym momencie natchnęło ale zgodziłam się... Pamiętam, że pożegnanie z Mamą było dość oschłe. Nie mogła w to uwierzyć, że chcę do ojca, kogoś, kogo wogóle nie znam. Nie zapomnę tego do końca zycia, jak byłam już spakowana, jechałam z bratem do Dziadków, narysowałam Mamie laurke i napisałam jej, że wrócę do niej, że będę jednak z nimi. Jednak wychodząc z mieszkania podarłam pospiesznie moje dzieło i wyrzuciłam do kosza. Przez pewien czas byłam u Dziadków, ojciec dzwonił, zabrał mnie nawet do Kołobrzegu. Gdy już ostatecznie znalazłam się w moim obecnym domu i weszłam do 'mojego pokoju' byłam zszokowana. Pod ścianą stało łóżko, pod oknem biurko i szafa. Było szaro i cicho w tym pomieszczeniu. Ojciec poszedł ze swoją dziunią na weselu i zostawił mnie w pierwszy dzień samą jak palec. Strasznie płakałam, nie mogłam się uspokoić, uwierzyć, że się zgodziłam na to wszystko. Ale już było za późno. Nie było już Mamy, mojego brata, nikogo kurwa nie było. Siedziałam przez dwa dni sama w domu, w tym pieprzonym pokoju i płakałam. Po raz kolejny wyrwali mnie z mojego dobrego snu. Nie pamiętam już jak się do tego wszystkiego przyzwyczaiłam, ale gdy poszłam tu do szkoły, świat nabrał choć kilku barw. Przez te kilka lat było dość ciężko, ciągła presja ojca, nauka, samotność, Mama się nie odzywała, Dziadkowie próbowali mnie wspierac, Prababcia pisała nawet listy do mnie, ale już nie byłam ani przy nich ani przy Braciach, Mamie. Z biegiem tych 19 lat moje uczucia, myśli zarosły skorupą, którą nikt nie potrafi przebić. Na zewnątrz jestem harda, pewna siebie, boże kim ja kurwa nie jestem na pokaz dla tego świata, ale w środku mnie siedzi ten cały pieprzony żal do Matki i Ojca. Tyle pytań się nawarstwia, tyle niedokończonych spraw jest. Odkąd poznałam Mojego, jest choć odrobinę inaczej. Teraz mnie wspiera i On i moi Dziadkowie. Tu, w domu, nikt mnie nie potrzebuje, pokazują mi to dość dobitnie, Matka nie jest lepsza, potrafi tylko szantażować i się wkurwiać na mnie. Zero wsparcia od nich mam. Mówię Wam, czasami chciałabym tym wszystkim pierdolnąć, wziąść moich dwóch braci i Mojego i spierdolić z tego popierzonego świata. Owszem, mam jeszcze brata od strony ojca i siostrę małą od strony Matki, ale moi dwaj bracia są moim Skarbem. Nie rozumiem dlaczego przez całe moje życie jestem tak traktowana, a pomimo tego mam siłę na uśmiech. Przeraża mnie ten fakt, że moje życie wypełnione jest bólem, brakiem wsparcia, miłości rodzicielskiej i udanego dzieciństwa, a ja i tak idę z podniesioną głową i się uśmiecham.
Nie, nie jest to notka napisana po to, żeby Wam się żalić, robić z siebie ofiarę. Chciałam to przynajmniej po części z siebie wyrzucić i jest mi teraz o wiele lepiej, choć ten temat nadal nie jest dla mnie skończony...
Fakt jest faktem że w moim życiu działo się już tyle rzeczy, że nie jedna osoba by mogła takiego życiorysu pozazdrościć, albo i nie. Jak byłam małym dzieckiem całe życie kręciło się wokół moich Dziadków, którzy mnie wychowywali. Pragnę podkreślić, że moi rodzice w tym czasie 'odpoczywali' sobie ode mnie. Po 5 latach trafiłam dziwnym trafem do mojej Mamy. Nie pamiętam nawet jak to się stało. Nie wiedziałam co się dzieje z moim ojcem, w sumie nie myślałam w ogóle o nim. Nikt mi o nim nie mówił, nikt się mnie o niego nie pytał więc dla mnie ten temat też był zamknięty. Nie wiem czy mogę nazwać okres mieszkania u Mamy najpieknijeszym okresem w moim życiu, choć wtedy zostałam siostrą dwóch wspaniałych chłopaków - moich braci, z którymi do dzisiaj mam naprawdę trwałą i silną więź. Nic nas nie może rozłączyć, dogadujemy się bez słów, więc dalsze rozwijania na ten teamt będą w tym momencie zbędne. Mama przez cały ten okres miała dwie twarze, jedną - kochającej swoje dziecko matki, która zawsze wiedziała jak się nami zaopiekować i drugą - matki, która nienawidzi swoje dzieci z głębi duszy. Gdy pokazywała swoją drugą twarz, mieszała nas z błotem, leciały wyzwiska, dzwoniła do moich Dziadków (żeby niby na mnie naskarżyć), żyła swoim życiem mając nas totalnie w dupie, o, przepraszam, przypominała sobie o nas, gdy miała nam spuścić wpierdol albo nas powyzywać, gdy coś nie zrobiliśmy po jej myslach. Ile razy uciekaliśmy z bratem z domu, całymi dniami chodziliśmy po dworze, odwiedzaliśmy różne zakątki miasta, przyrody. Wtedy to było życie - byliśmy tym bardziej żywi im dalej byliśmy od domu. Gdy wracaliśmy, najczęściej było już normalnie, Mama się uśmiechała, czekała z obiadem. W wieku 11 lat zostałam z tego całego drugiego okresu dzieciństwa wyrwana. Któregoś pieknego dnia zadzwonił mój ojciec (którego widziałam może raz na rok, był dla mnie obcym facetem) i spytał się, czy chciałabym u niego zamieszkać w Polsce (podkreślam, że z Mamą w Niemczech mieszkaliśmy). Nie wiem co mnie w tamtym momencie natchnęło ale zgodziłam się... Pamiętam, że pożegnanie z Mamą było dość oschłe. Nie mogła w to uwierzyć, że chcę do ojca, kogoś, kogo wogóle nie znam. Nie zapomnę tego do końca zycia, jak byłam już spakowana, jechałam z bratem do Dziadków, narysowałam Mamie laurke i napisałam jej, że wrócę do niej, że będę jednak z nimi. Jednak wychodząc z mieszkania podarłam pospiesznie moje dzieło i wyrzuciłam do kosza. Przez pewien czas byłam u Dziadków, ojciec dzwonił, zabrał mnie nawet do Kołobrzegu. Gdy już ostatecznie znalazłam się w moim obecnym domu i weszłam do 'mojego pokoju' byłam zszokowana. Pod ścianą stało łóżko, pod oknem biurko i szafa. Było szaro i cicho w tym pomieszczeniu. Ojciec poszedł ze swoją dziunią na weselu i zostawił mnie w pierwszy dzień samą jak palec. Strasznie płakałam, nie mogłam się uspokoić, uwierzyć, że się zgodziłam na to wszystko. Ale już było za późno. Nie było już Mamy, mojego brata, nikogo kurwa nie było. Siedziałam przez dwa dni sama w domu, w tym pieprzonym pokoju i płakałam. Po raz kolejny wyrwali mnie z mojego dobrego snu. Nie pamiętam już jak się do tego wszystkiego przyzwyczaiłam, ale gdy poszłam tu do szkoły, świat nabrał choć kilku barw. Przez te kilka lat było dość ciężko, ciągła presja ojca, nauka, samotność, Mama się nie odzywała, Dziadkowie próbowali mnie wspierac, Prababcia pisała nawet listy do mnie, ale już nie byłam ani przy nich ani przy Braciach, Mamie. Z biegiem tych 19 lat moje uczucia, myśli zarosły skorupą, którą nikt nie potrafi przebić. Na zewnątrz jestem harda, pewna siebie, boże kim ja kurwa nie jestem na pokaz dla tego świata, ale w środku mnie siedzi ten cały pieprzony żal do Matki i Ojca. Tyle pytań się nawarstwia, tyle niedokończonych spraw jest. Odkąd poznałam Mojego, jest choć odrobinę inaczej. Teraz mnie wspiera i On i moi Dziadkowie. Tu, w domu, nikt mnie nie potrzebuje, pokazują mi to dość dobitnie, Matka nie jest lepsza, potrafi tylko szantażować i się wkurwiać na mnie. Zero wsparcia od nich mam. Mówię Wam, czasami chciałabym tym wszystkim pierdolnąć, wziąść moich dwóch braci i Mojego i spierdolić z tego popierzonego świata. Owszem, mam jeszcze brata od strony ojca i siostrę małą od strony Matki, ale moi dwaj bracia są moim Skarbem. Nie rozumiem dlaczego przez całe moje życie jestem tak traktowana, a pomimo tego mam siłę na uśmiech. Przeraża mnie ten fakt, że moje życie wypełnione jest bólem, brakiem wsparcia, miłości rodzicielskiej i udanego dzieciństwa, a ja i tak idę z podniesioną głową i się uśmiecham.
Nie, nie jest to notka napisana po to, żeby Wam się żalić, robić z siebie ofiarę. Chciałam to przynajmniej po części z siebie wyrzucić i jest mi teraz o wiele lepiej, choć ten temat nadal nie jest dla mnie skończony...
Tagi:
Ja
23.08.2010 o godz. 14:57







cholernie zazdroszczę więzi z braćmi . naprawdę zazdroszczę . zawsze o tym marzyłam . chociaż ja mam siostrę .
Normalnie istna chodząca komedia z niego.
Tacie zagwarantowałam taki pogrzeb, że zapamięta go do koca życia, za co mnie wyśmiał. ;d